Przedwiośnie część druga - Nawłoć - klp.pl
klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
- Cieszę się - mówił do dam, które go otoczyły - że na tym dzisiejszym zebraniu mogę służyć przynajmniej za jego emblemat, za symbol.
- Jaki? Jaki emblemat? Jaki symbol? - dopytywano się ze wszech stron.
- Jestem emblematem tych wszystkich „kadłubków, których ta zabawa ma wesprzeć. Proszę o kieliszek...
Pan Storzan ujął kieliszek, który jeden z sąsiadów podał mu niemal na klęczkach, drżącymi palcami objął jego wysmukłą nóżkę, z trudem podniósł go do góry swą suchą ręką, i z wytwornym uśmiechem, pełnym w tej minucie skupionego, jakby symbolicznego cierpienia, rzekł do otaczających:
- Piję za zdrowie bohaterów naszej ziemi, którzy w obronie jej wolności, w obronie naszej wolności potracili ręce albo nogi!
Wypito ten toast w uroczystym milczeniu, wśród grozy ogólnej, ze łzami w oczach. Wejście gospodarza, a zwłaszcza ten jego posępny toast, przerwało tańce. Część towarzystwa przechodziła do sali jadalnej, gdzie były przygotowane arcysmaczne zakąski. W tym to czasie pani Wielosławska podeszła majestatycznie do panny Wandy Okszyńskiej, bez słowa ujęła ją pod rękę i poprowadziła przez ciżbę osób. Wanda Okszyńska była najpewniejsza, że ta przepotężna w jej mniemaniu dama widziała swoim jaśnie wielmożnym sposobem na wskroś jej myśli, uczucia, haniebne zamysły i obmierzłe żądze, a teraz wyprowadza ją do drzwi tego pałacu, w celu wypchnięcia poza społeczność ludzką, na dziedziniec ciemny i pełen starych furmanów z batami. Tymczasem pani Wielosławska przyprowadziła eks-pensjonarkę znacznie bliżej - do klawiatury czarnego, drogocennego fortepianu, który stał na małym podwyższeniu w rogu salonu. Tu „pani dziedziczka” posadziła pannę Wandzię na okrągłym taborecie i szepnęła jej do ucha tonem nie znoszącym sprzeciwu, rozkazującym i władczym:
- Zagrasz, co umiesz najlepiej. Ale żebym się za ciebie nie potrzebowała wstydzić! Uważaj, żebyś mię nie skompromitowała! Rozumiesz! Pomyśl sobie, co za osoby cię słuchają. Masz grać świetnie, jak umiesz najlepiej. Pomódl się cicho i graj!
- Rozumiem, proszę pani dziedziczki, ale nie wiem, czy potrafię... - szepnęła panna Wanda.
Położyła ręce na białych klawiszach tego świetnego fortepianu i trwożnie uderzyła w nie raz, drugi. Posłyszała dźwięki doskonałego instrumentu. Te poszczególne dźwięki wpadły w nią i przeleciały wskróś, niczym światło rozpraszające ciemności. Zapomniała o tym, że jej słuchają tak morowe osoby, zapomniała nawet o tym, że jest w tak nadzwyczaj dużym salonie, pełnym znakomitego państwa. Sama natychmiast przeistoczyła się w coś innego niż przed chwilą - w czarodziejskiej muzyki instrument boży. Już nie drżała tym drżeniem wielkim, przerażeniem dziewczyńskim na myśl, iż „osoby” słuchać będą muzyki jej, o której wartości właśnie absolutnie zwątpiła. Usłyszawszy duszę swej duszy, muzykę, wyzbyła się zalęknienia. Odeszła od niej martwota rąk. Poczuła znane jej, swoje własne, szczególniejsze zimno w krzyżu i w końcach palców u nóg - jakoby narzędzie swej siły, którą już władała do woli. Wyprostowała się. Zasiadła lepiej, niczym królowa na majestacie. Włosy jej przebierać się zdawał, podnosić i miotać w górę ogień niematerialny. W całej istocie z minuty na minutę rozpościerała się, świadoma swej potęgi, władza duszy, widząca od pierwszej do ostatniej nuty całość mistrzowskiego dzieła, które przed sobą dostrzegła. Palce jej stały się podobnymi do tych chybkich i potulnych młotków, obitych zamszową skórą, które w ruch wprawiała wewnątrz czarnego pudła - do tych demonów wybiegających ze swej nicości, ażeby według jej woli oddać swój głos i znowu zapaść się w nicość. Pedał czekał na jej słabą stopę, ażeby podwyższać pieśń i aż do dna otchłani dosięgnąć głosem bezdennych wyrzeczeń basu. Nieśmiała i niezdecydowana panienka stała się zuchwałym duchem, który się waży na walkę z przemożnymi uczuć potęgami. Jak tajemniczy ptak, który na stosie z mirry sam się palił i z popiołów własnych odmłodzony powstawał, tak samo w duszy jej polatać zaczął radosny feniks miłości, wielobarwny, zrodzony na stosie ze wszystkich jej uczuć, którego lotu nikt z ludzi przewidzieć nie zdoła. Ona jedna znała dokładnie lot tego wielobarwnego nietoperza z czerwonymi na tle głowy piórami. Ona jedna śledziła go w ciemności i oddawała jego loty, bieg jego wysoko i nisko, tuż-tuż i daleko. Grała pieśń pięknemu, na poły znanemu młodzieńcowi, w którym się, jak to mówią, na śmierć zakochała. Opowiadała tonami mistrza nieśmiertelnego dzieje miłości swej, wszystkie udręki i treść swego cierpienia, skrytki i zaułki uczuć, przesmyki ich i przejścia tajne, doły jej ciemne i straszliwe oraz niebiosa radości roztoczone nad głową, gdy on się zbliża. Grała spółmiłośnicy, Karolinie, wyznanie nienawiści i głębokie, straszliwe ostrzeżenie...

Oznacz znajomych, którym może się przydać

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 -  - 13 -  - 14 -  - 15 -  - 16 -  - 17 -  - 18 -  - 19 -  - 20 -  - 21 -  - 22 -  - 23 -  - 24 -  - 25 -  - 26 -  - 27 -  - 28 -  - 29 -  - 30 -  - 31 -  - 32 -  - 33 -  - 34 -  - 35 -  - 36 -  - 37 -  - 38 -  - 39 -  - 40 -  - 41 -  - 42 -  - 43 -  - 44 -  - 45 -  - 46 -  - 47 -  - 48 -  - 49 -  - 50 -  - 51 -  - 52 -  - 53 -  - 54 -  - 55 -  - 56 -  - 57 -  - 58 -  - 59 -  - 60 -  - 61 -  - 62 -  - 63 -  - 64 -  - 65 -  - 66 -  - 67 -  - 68 -  - 69 -  - 70 -  - 71 -  - 72 -  - 73 -  - 74 -  - 75 -  - 76 -  - 77 -  - 78 -  - 79 -  - 80 -  - 81 -  - 82 -  - 83 -  - 84 -  - 85 -  - 86 -  - 87 -  - 88 -  - 89 -  - 90 -  - 91 -  - 92 -  - 93 -  - 94 -  - 95 -  - 96 -  - 97 -  - 98 -  - 99 - 


  Dowiedz się więcej
1  Koncepcje naprawy Polski w „Przedwiośniu”
2  Czas wydarzeń w „Przedwiośniu”
3  Stosunek Cezarego Baryki do rewolucji w „Przedwiośniu”



Komentarze
artykuł / utwór: Przedwiośnie część druga - Nawłoć







    Tagi:
    Nawłoć -