Przedwiośnie część druga - Nawłoć - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
W lasku Idy trzy boginie
Spór zacięty wiodą wraz,
Każda z nich pięknością słynie
Która najpiękniejsza z nas?...
Myśl jego pognała ku ubóstwianej, ku bogini. Marzenie jego wionęło ku tamtej. Rzekł z bezlitosnym, z okrutnym uśmiechem:
- Widziałem tutaj ktoregoś dnia, jak pani uciekała przed perliczką.
- Ja? Pan to widział? - jęknęła zrywając się z miejsca.
- Widziałem, jak dookoła pani fruwały wstążki, paski, falbanki, a pani z głośnym krzykiem wywijała nogami.
Panna Wanda zakręciła się na miejscu. Głęboki jęk, potem ostry pisk zabrzmiał w jej ustach. Wstała. Usiadła. Znowu wstała. Dygnęła. Bokiem wyszła z pokoju i uciekła z ganku przez ogród, jakby ją ścigał tysiąc rozjuszonych perliczek, pawi, kogutów i indorów.
Nieustanne przemyśliwanie nad sposobami widywania się z ubóstwianą miało swój skutek: Cezary osiągał widzenie Laury. Opacznie może wyglądać to twierdzenie, a jednak wszystko zdaje się je uzasadniać, iż utęsknienie, nerwowe wyczekiwanie, niemieszczenie się w skórze, pragnienie jej widoku, przyzywanie jej wszystkimi siłami duszy i każdą kroplą krwi, marzenie o niej tak natarczywe, iż objawiało niemal w polu widzenia jej postać - realizowało wreszcie jej osobę fizyczną. Wychodziła nagle z marzeń prawdziwa, jakby się stawiała na rozkaz wewnętrznego szaleństwa. Cezary niejednokrotnie czuł, że się oto za chwilę powinna, musi ukazać i - kiedy odwracał głowę - ukazywała się niosąc mu w ofierze uśmiech miłosny, odpowiedź jej duszy na sny jego duszy. Tak było pewnego razu w nawłockim kościele, podczas patetycznego kazania księdza Anastazego. Tak było kiedy indziej w nawłockim salonie, gdy weszła niespodzianie w czasie najgorętszej chwili utęsknienia.
Jakże kochał jej uśmiech, jej ruchy, jej wymowę, jej spojrzenia! Jakże uwielbiał jej dowcip, dobrotliwy i przyjacielski - dowcip łagodny, jakoś „z głupia frant” i „z cicha pęk” - dowcip przytulny a subtelny, w którym nie było nic gminnego, jaskrawego, dwuznacznego, ani na pokaz! Jakże uwielbiał cichą poufność rozmowy z nią o rzeczach niepowszednich i nieżyciowych, kiedy gwarzyła z serca do serca o duszy swej i o duszy przyjaciela! Były to jakby wędrówki w słońcu po krainie dalekiej - baśni o sobie dla siebie samych. Nic w niej nie było z rozpusty, a wszystko było z miłości. Nawet te sprawy miłości, które są wyuzdaną rozpustą, w niej były tylko miłością. Szaleństwo jej, zapomnienie się, zapamiętanie i wszystek obłęd miłosny był zupełny, lecz była to także całopalna ofiara dla bóstwa, które nosiło nazwę „Czaruś”. Ponieważ była o dwa lata starsza od bóstwa, a nadto ponieważ była już wdową, poczytywała się niejako za opiekunkę tego młokosa. Dawała mu przezorne rady i wskazówki dobrotliwe. Uczyła go niejednej mądrości życia, której jeszcze w swym bezładnym i roztrzęsionym życiu nie posiadł.
Oprócz Karoliny, która jedne objawy widziała, inne słyszała, te przeczuła, tamte wykombinowała, a jeszcze inne po prostu wywąchała, nikt w Nawłoci niczego się nie domyślał. Przyjechała droga paniusia Kościeniecka, najmilsza sąsiadka, porozmawiać o pikniku - nawiozła ploteczek, historyjek, opowieści co niemiara, iż nie można było dość się ich nasłuchać. Śmiano się przez cały wieczór i nie chciano jej wypuścić. Cóż by w tym było dziwnego albo zdrożnego, że przyjechała? Cóż by w tym było dziwnego, że z panami, tancerzami swymi, Hipolitem i Cezarym, długo różne rzeczy przypominała - że im samym opowiadała, co to tam broili, gdy już mieli dobrze w czubach? Tylko Karolina widziała pewne skinienie, a zaraz potem pochwycenie przez Cezarego maleńkiej karteczki.
I oto nazajutrz Cezary prosi o konie do Częstochowy. Ma stamtąd wysłać pilny telegram do swego przyjaciela i poniekąd opiekuna, pana Gajowca, z doniesieniem, iż teraz jeszcze nie przyjedzie, choć go ów pan Gajowiec listem rekomendowanym na pewien termin wzywa. Karolina szpiegowskimi sposoby zbadała, iż tego dnia pani Kościeniecka również wyjeżdżała z Leńca. Dochodzenie, dokąd jeździła, po długich śledzeniach okazało, że właśnie do Częstochowy. Prawdopodobne stało się w umyśle Karoliny niewątpliwym.
Nikt nie słyszał w ciemną, wietrzną, burzliwą noc, tylko Karolina słyszała - och, słyszała! - tętent, a nawet rżenie konia w parku. Skądże by rżenie konia w parku? Kto mógł po nocy jeździć w alejach na koniu? Karolina chodziła rankiem po tych alejach i odnalazła ślady kopyt. Ślady wypłukane przez deszcz, zachlustane przez jesienną ulewę, przez głuchy wicher zamiecione. Ktoś tu przyjeżdżał w nocy. Przeklęty tu był gość. Nie bał się ciemności i wichury, deszczu i grubej mgły. Nie lękał się, że go pochwycą i zdemaskują, że go powitają strzałami, jak należy nocnemu złodziejowi. Oczy Karoliny wyśledziły kierunek śladu kopyt i trafiły do drzewa, gdzie koń był przywiązany. Oto tu stratowane, zwiędłe badyle, oto tu obdarta kora. Koń zmarzł na wichrze i wtedy rżał. Długo musiał czekać na wichrze i deszczu, skoro tak wyraźnie dookoła drzewa okrąg wydeptał. Długo musiał, bardzo długo, złodziej w tym parku bawić.
Cezary często znikał, wnet na początku wieczora. Mówił, że ma do napisania listy albo że go głowa boli. Lecz nazajutrz chłopak kredensowy nie mógł się doczyścić jego butów, przemoczonych i zabłoconych, a ubranie musiał suszyć na ogniu. Karolina wstawszy rano chwytała niepostrzeżenie dla służby to wysuszone ubranie, wąchała je - a poczuwszy zapach perfum Laury, zlatywała w otchłań szaleństwa. Zresztą samo owo bezwzględne i okrutne odwrócenie się młokosa od wszystkiego i wszystkich - a zwłaszcza odwrócenie się od niej - wyraźniej niż wszystkie te szpiegostwa fatalną prawdę potwierdzało.
Jednego z ostatnich dni listopada, wróciwszy po całodziennej nieobecności do Nawłoci z miasteczka Śnieguły, dokąd jeździł z Hipolitem, Cezary zastał na stole w swoim pokoju kartkę od księdza Anastazego, napisaną ołówkiem, wielkimi literami, tej osnowy: „Przychodź natychmiast do pokoju Karoliny! Anastazy”. Zanim Cezary mógł się zorientować, co to znaczy, i zanim zdążył ręce obmyć po drodze, drzwi się otworzyły i nie wszedł, lecz wtargnął do pokoju ksiądz Anastazy w komży i stule. Cezary żachnął się i na chwilę oniemiał.
- Chodź żywo! - krzyknął ksiądz.
- Co to wszystko znaczy? - sarknął młody człowiek.
- Do pokoju Karoliny! Słyszysz!
Ksiądz rozkazywał. Łkając. Chwycił despotycznym gestem rękę Cezarego i pociągnął go brutalnie. Cezary wyrwał rękę i uniósł się:
- Proszę mię zostawić! Nie jestem parafianinem księdza.
- Natychmiast! Rusz się! Karolina umiera!
- Cóż to znowu?
- Umiera! To złote dziecko! Pragnęła cię widzieć przed śmiercią. O to jedno błaga i błaga. Ruszaj, bo możemy jej nie zastać!
Ksiądz Anastazy głośno, bezradnie zaszlochał. Cezary był tak oszołomiony, że wybiegł z pokoju bez czapki, razem z księdzem, nie myśląc o tym, co robi. Gdy się jeden przez drugiego przepychali we drzwiach i pędzili przez park, Cezary dopytywał się nie mogąc tchu złapać:
- Co się stało? Skąd? Co takiego?
- Siebie się pytaj!
- Co ksiądz pleciesz!
- Siebie się pytaj! Słuchałem jej ostatniej spowiedzi. Rozumiesz? Milczę. Lecz ty - bij się w piersi!
- Milczże ksiądz zupełnie!
- Boże, bądź miłościw!...
Na stopniach ganku stał Hipolit. Łamał ręce i tłukł głową o słup ganku. Właśnie w tej chwili wpadły przed ganek konie, gniada para cugowa, cała tak w pianach, że maści tych przepysznych koni nie było widać. Jędrek nie mógł powstrzymać koni lecących w skok, co siły w kościach i mięśniach. Bryczka oparła się aż między drzewami parku. Wyskoczył z niej młody lekarz, chirurg z miasta. Nie witając się z nikim, w kapeluszu i paltocie, z pudełkiem narzędzi pod pachą pobiegł za Hipolitem przez sienie i pokoje. Za nimi dopiero szedł ksiądz i Cezary. Z dala, z trzeciego pokoju, słychać było jęki rozpaczliwe, istny ryk Karoliny wijącej się w boleściach. We drzwiach jej pokoju tłoczyły się ciotki, pani Wielosławska, służące, Maciejunio, Wojciunio, dwórki, żona ekonoma, baby fornali. Wszystko to bełkotało, biegało, coś przynosiło i wynosiło, radziło i płakało. Najtrzeźwiejszy był Maciejunio, który wciąż coś dźwigał i wszystkich uspokajał.
Cezary jego pociągnął za ramię i spytał szeptem:
- Co się stało?
- Panienka zaniemogła.
- Co jej jest?
- Straszne boleści.
- Żołądkowe?
- Nie. To coś złego.
Nachylił się do ucha Baryki i stanowczo wyszeptał:
- To mi wygląda na otrucie.
- Sama miałaby się otruć?
- Tego nie wiem. Przyszła z ogrodu z krzykiem. I oto tak się wije już z godzinę czasu.
- Otrucie nie mogłoby trwać godzinę czasu.
- Nie wiem.
Jakby na zawołanie wysunął się z pokoju lekarz. Rozejrzał się niecierpliwie po zebranych i niechętnie mruknął:
- Za późno. Kto tu z państwa jest pan Baryka?
- A co? - zapytał Cezary.
- Proszę wejść. Chora wzywa.
Cezary wszedł do pokoiku, gdzie nigdy jeszcze nie był. Uderzył go potworny wygląd twarzy Karoliny. Była cała szara, twarz miała jakby z ceraty, z czarnymi dołami pod oczyma. Wszystka bez przerwy drgała. Jęknęła:
- Panie Cezary... Żegnam pana.
- Co pani zrobiła? - krzyknął w uniesieniu.
- Ja nic nie wiem. Coś się dzieje... ze mną... Bądź zdrów, Czaruś...
W pokoju nie było nikogo. Z nagła wszedł ksiądz Anastazy. Szlochając, gestem nie znoszącym przeczenia wsunął prawą rękę Cezarego w zimną, drgającą dłoń Karoliny, okręcił obiedwie ręce stułą i począł szepcząc łacińską modlitwę kreślić znaki krzyża nad tymi rękami związanymi.
Twarz Karoliny złagodniała. Światło białe przez nią przeleciało. Wśród nadludzkich, widać, boleści przebił się uśmiech. Gościł przez chwilę na wargach czarnych jakby z żelaza. Cezary nachylił się i złożył pocałunek na tych wargach, których pierwszy dotknął ustami - i ostatni. Odskoczył, bo usta te bezwładnie się rozchyliły i wśród jęku potwornego cały język spomiędzy nich się na zewnątrz wywalił. Jeszcze raz, drugi, jęk się powtórzył - i wszystko ustało dziwnie raptownie. Lekarz przyłożył ucho do piersi Karoliny. Długo słuchał. Strzepnął palcami, podniósł się i począł sprzątać swe statki, szukać porzuconego paltota i kapelusza. Karolina umarła. Doktor rzekł:
- Państwo będą łaskawi dać znać do powiatowego lekarza. Tu jest wyraźne otrucie.
Najprzód milczenie, później jęk powszechny, płacz serdeczny, krzyk, rumor głosów odpowiedział na to oświadczenie. Wszystko zaroiło się, zakotłowało. Ksiądz Anastazy, oblegany przez wszystkich, płacząc gorzko, powiedział:
- Nic wam, bracia i siostry, nie mogę powiedzieć, choć wiem wszystko. Sami wiecie, że nie mogę nic powiedzieć, com słyszał na spowiedzi. Tylko to jedno: módlcie się za nią gorąco, bo to nie jest samobójczyni. To jest ofiara.
Ludzie prości padli zaraz na kolana tuż przy drzwiach pokoju Karoliny. Ksiądz upadł na twarz tuż przy łóżku i wśród płaczu głośno się modlił. Cezary stał w progu izby. Patrzał na śniadą, prawie czarną twarz Karoliny. Śniło mu się, że już dawno taką samą twarz widział, gdy wywoził trupy z Baku. Tak samo do niego jedna wołała, choć już jej słów słychać nie było. Ledwie ludzie skończyli szeptanie modlitwy, szmer ich, gwar, bełkot rozniósł się po całym domu. Z dworu wytoczyli się na dziedziniec, w gumna i czworaki, do zabudowań we dworze i na wsi.
- Cóż to się stało? Jakim sposobem? Dlaczego? Kto winien? Poczęto zbierać dane dla ustalenia historii tego dnia. Ale to szło z trudem, gdyż Karolina zazwyczaj była wszędzie, wciąż się krzątała, wciąż biegała dokądś i skądś szła z powrotem. Jakże tu było ustalić dokładne dane? Maciejunio stwierdził, iż on pierwszy usłyszał jej krzyk, wołanie o pomoc na ganku. Domyślał się przeto, że przyszła z ogrodu. Lecz w ogrodzie i w parku nikt jej nie widział, gdyż tam było o tej porze pusto. Poczęto śledzić krok za krokiem, minutę za minutą, gdzie Karolina tego dnia była: w oborach, w domu ekonoma, w czworakach, w domu rządcy, w kurniku, w chlewach. Poczęto ustalać ścisłą chronologię tych jej wypraw i stwierdzono, że po obiedzie, więc najpóźniej, była w mieszkaniu rządcy, pana Turzyckiego. A więc wszyscy, nawet pani Wielosławska, obiedwie ciotki, wuj Michał, Hipolit, Cezary, Maciejunio - pobiegli do „Arianki”. Pani Turzycka, stale zatrudniona, jeżeli nie w kuchni, to w jej okolicach, nic nie wiedziała, co się stało „na dworze”. Gdy jej oznajmiono, że Karolina nie żyje, zupełnie zaniemówiła. Siadła na krześle i wytrzeszczonymi oczyma patrzyła na ten zbiór wysoko postawionych person. Coś niezrozumiałego mamrotała i ględziła w kółko. Wreszcie wybuchła:
- Ale przecie panna Karusia była tutaj u nas nad wieczorem! Zdrowa jak rybka! Najłaskawsza, najmilsza osoba! Co też państwo mówią!
- O której godzinie Karolina była tutaj? - spytał wuj Michał.
- O której godzinie? Zaraz... Bo to nie patrzyłyśmy na godzinę. Rozmawiałyśmy sobie, gadu-gadu... Weszła, zamknęła drzwi, bo przez te drzwi wieje zawsze, usiadłyśmy w tym naszym, żal się Boże! saloniku - i tego... Która to była godzina, jak tu u nas była panna Szarłatowiczówna, Wandziu, gdzie ty jesteś? Wandziu!
Z drugiego pokoju dał się słyszeć głos nieśmiały panny Wandy Okszyńskiej. Najprzód zwykłe chrząknięcie, a później głos:
- Była czwarta. Po czwartej.
- Czwarta - powtórzyła pani Turzycka z dokładnością. - Po czwartej.
- Czy Karolina jadła tutaj co u państwa albo może piła? - zapytał Michał Skalnicki w sposób niewinny i jakby plotkarski, gromadzący wszelkie wersje przedpogrzebowe, jak to bywa.
- A piła. Lubiła wodę z sokiem porzeczkowym. Zawsze u nas piła albo wodę z porzeczkowym, albo herbatę z żurawinowym. Zrobiłam trochę tego soku porzeczkowego na zimę. To panna Karolina piła ten sok. Jak przyszła, mówię grzecznie: „Paniusia się napije herbatki z żurawinami...” A panna Karolina na to...
- Całą szklankę wypiła`?
- Tak, całą. Zdaje się, że całą szklankę. A może i co zostało. Tego nie pamiętam, proszę państwa. Rozmawiałyśmy. Czy to można...
- Proszę pani... A może tu jeszcze stoi gdzie ta szklanka, z której nieboszczka Karusia sok piła? Trzeba by zobaczyć, co to za sok, że jej tak zaszkodził!
- Sok porzeczkowy zaszkodził!... - przeraziła się pani Turzycka. Mój sok! - Zbielała wszystka na twarzy i zatrzęsła się całym obfitym ciałem. - Ten sok mógłby zaszkodzić pannie Karolinie? Sok, który ja sama, własnoręcznie przygotowałam? Nie, proszę pana! Wszystko można na mnie powiedzieć, ale sok, który ja przygotowałam, pannie Karusi nie mógł zaszkodzić! To już trudno i darmo! - zdecydowała z godnością i dumą obrażoną.
- Sama pani podawała jej szklankę z wodą i sokiem?
- Czy ja sama podałam? Zaraz! Sama pobiegłam do kuchni, jak panna Karusia objawiła swą wolę, że napiłaby się wody - nabrałam szklankę wody z blaszanego wiaderka. Woda przecie z naszej studni, najczystsza w świecie. Potem weszłam do śpiżarki i wyniosłam stamtąd flaszkę z sokiem. Postawiłam tę flaszkę na tacce. Obok flaszki wodę w szklance. Zawołałam moją siostrzeniczkę, tę Wandzię, biedactwo, co ją państwo byli łaskawi zabrać na zabawę do Odolan - żeby zaniosła tackę do pokoju i żeby podała pannie Karusi, bo sama poszłam zamknąć śpiżarkę. Nieraz się tak zostawi śpiżarkę na dwie minuty, a potem tego brak, tamtego nie ma. Kto wziął, kto ruszał - utnij głowę, wbij zęby w ścianę - nie wiadomo.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 -  - 13 -  - 14 -  - 15 -  - 16 -  - 17 -  - 18 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Przedwiośnie - streszczenie "w pigułce"
2  Geneza Przedwiośnia
3  Dzieje Cezarego Baryki w punktach



Komentarze: Przedwiośnie część druga - Nawłoć

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi:
Nawłoć -