Przedwiośnie część druga - Nawłoć - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Za chwilę mała kolumienka ruszyła wielkim krokiem pośród zupełnej ciemności, słabo rozwidnionej przez zarzewie Radzymina. Szła pod nieprzyjaciela, o którym nie było jeszcze wiadomo, czy w istocie będzie już dawał dęba, czy powtórnie na Warszawę uderzy.
Cezary Baryka niemało się nachodził w tej narodowej wojnie. Wykonywał wraz z kolegami z oddziału wściekłe marsze i wypady, obroty i zasadzki, to znowu wiał przed siłą przemożną. Zdarzało mu się iść w sam środek nieprzyjaciół, uczestniczyć w brawurowym przedsięwzięciu generała Sikorskiego, jak pchnięcie bagnetu rozpruwającym front bolszewicki. Zdarzało mu się maszerować dniami i nocami, naprzód, wciąż na wschód za wrogiem uciekającym. Przesunęły mu się przed oczyma niezliczone wsie i miasteczka, lasy i pola. Przebrnął rozlewne rzeki wśród łęgów. Ojcowskich szklanych domów nigdzie a nigdzie nie było. Z wolna przestał o nich myśleć. Nie myślał także o ideologii najeźdźców ze wschodu. Nie widać jej było w ruinie, w zniszczeniu, tratowaniu, w śladach rabunków, rzezi i gwałtów.
Wróg śmiertelny ludzi ubogich szedł przed nim wszystkimi drogami na wschód - niszczyciel i rabuś. Gdzie były żelazne mosty, wisiały poprzetrącane ich gnaty - gdzie były mosty drewniane, sterczały osmalone pale. Gdzie były wsie, stały porozwalane pustki. Gdzie cokolwiek pięknego, wzniosłego przeszłość zostawiła potomnym na tej ziemi ubogiej, widniała kupa gruzów. Jakże tu było doczytać się w tym piśmie najeźdźców ze wschodu idei głoszonych przez mówców wiecowych? Nadto sama wojna, jako przedsięwzięcie gromadne, jako dzieło kunsztowne a nowe i nieznane, zajęła go, a raczej przytłoczyła. Baryka nie myślał teraz, o co walczy i z kim, gdzie jest i dokąd dąży. Maszerował według rozkazu, nocował, jadł, spał, zrywał się na nogi, stał na warcie albo chytrze podkradał się pod placówki.
Dobrze się na ogół spisywał dawny sportsmen bakiński. Przełożeni oddawali mu pochwały, a towarzysze broni przywykli liczyć na Barykę, jak ongi liczono na Zawiszę. Cezary nie miał do kogo wracać ani do kogo napisać listu. Kilkakroć posłał kartki pod adresem pana Gajowca. Odebrał od niego serdeczne odpowiedzi - otóż i świat cały. Ale w tych marszach, leganiach po rowach i ziemiankach były obok niego ludzkie dusze - koledzy. Okazało się nawet, że te „Polaki” to są nawet dusze bratnie. Każdy z nich miał gdzieś jakąś „mamę” albo jakiegoś „tatę”. Byli tacy, co mieli nawet babcie, a prawie każdy na postoju, w chwili, kiedy sądził, że go nikt nie widzi, ośliniał sekretnie jakąś fotografię - ach! - jej, Kazi albo Zosi. Cezary nie miał ani jednej Zosi, toteż uprawiał wyniosły cynizm przedrwiwań nie tylko z samych imion i spieszczeń, ale nadto z całości sentymentów. On to właśnie był żołnierzem w każdym calu. Nie było nic poza nim. Naprzód! - i kwita. W kompanii zaprzyjaźnił się specjalnie z pewnym młodzieńcem, również studentem Warszawskiego Uniwersytetu a obecnie tęgim żołnierzem, imieniem Hipolit, nazwiskiem Wielosławski. W pewnej przygodzie
w okolicach Łysowa pod Łosicami Cezary wyratował tego Wielosławskiego z opresji. W potyczce Wielosławski wpadł między bolszewików, został pożgany bagnetami, potłuczony kolbami i porzucony w lesie zwanym Rogacz. Cezary nie znalazłszy go w kompanii wrócił się co tchu do lasu, wyszukał kolegę, wziął go na ramię i odniósł między swoich.
Wielosławski wnet się wylizał, a nie zapomniał usługi. Nigdy on nie mówił o swym rodzie, rodzinie i sentymentach. Był „Hipolit” w szeregu i tyle. Na boku tylko szeptano, że to gruby pan z panów, srogi magnat, a kuzyn jakichś tam jeszcze bardziej pierońskich Wielosławskich. Hipolit był żołnierzem jak się patrzy i co się zowie. Darł buty w pościgu za czerwonymi drapichrustami, żarł razowiec i ciągnął z flachy, spał na ziemi i pocił się w obrotach, jakby wcale nie miał w żyłach nic błękitnego. A siły miał iście końskie, mógł o głodzie wytrzymać pełny pochód, kiedy już wiara nosem się podpierała. Nieraz z Cezarym spali pod jedną derą i dzielili się po bratersku chlebem, solą, słoniną i pluskwami. Toteż zawarli przyjaźń od serca, sztamę de grubis.
Miało się ku jesieni, gdy w szeregach rozeszła się radosna wieść, iż wróg z kraju ustąpił i że bliski jest rozejm. Oddział, w którym służyli dwaj przyjaciele, Baryka i Wielosławski, z Białorusi cofnięty został na Mazowsze i znalazł się w małym miasteczku Żerominie. Obadwaj wojacy wdali się tutaj w wielkie spanie, którego wystarczyłoby na dziesięciu przeciętnych neurasteników. Jeść jednak było w tym mieście skąpawo, toteż zmęczonym rycerzom nudziło się w tym miejscu potężnie.
Studentów uniwersytetu zwolniono chętniej niż innych, toteż Baryka i Wielosławski zwolnili się z szeregów, skoro w nich nie było już obronnej roboty. Wielosławski zaproponował Baryce, żeby ten pojechał do niego na wypoczynek, do jakowejś Nawłoci w okolicach Częstochowy. Baryka przystał. Przebrawszy się w Warszawie w ubranie cywilne, do czego pomógł pan Gajowiec udzieleniem zaliczki na przyszłe prace biurowe - Cezary wyruszył do Nawłoci.
Po przyjeździe na podrzędną stacyjkę drogi żelaznej dwaj przyjaciele zastali oczekującą na nich czwórkę koni zaprzężoną do małego a wysokiego pojazdu na dwie osoby, z siedzeniem z tyłu dla woźnicy. Woźnica ów, młody dryblas w liberii, z wylaniem witał się z paniczem, szczęśliwie z wojny wracającym. Tenże Jędrek powrócił również szczęśliwie z wojska, gdzie jednak pełnił bardziej pokojową, a raczej przedpokojową misję ordynansa pewnego dygnitarza, wysoko postawionego czasu tych zamieszek. Na dłuższe jednak wylewy opowiadań o przedpokojowych i polnych przewagach militarnych nie było czasu, gdyż właśnie noc zapadała. Hipolit Wielosławski wskoczył na przednie siedzenie, umieścił gościa Barykę obok siebie, Jędrkowi kazał zasiąść w górnym miejscu na tyle, wziął wprawnymi rękoma czterokonne lejce i z widoczną rozkoszą wywinął długim batem. Konie wysunęły się ze stacyjnego dziedzińca jak jeden i pomknęły miękkim gościńcem. Cezary nie jeździł nigdy takim zaprzęgiem. Przyznawał w duchu, a głośno wyjawiał Hipolitowi, iż w historii jego sportów była to przyjemność - prima! Gdy się kasztany wzięły w siebie, a uzgodniły krok w miarowym skorochodzie, kolaska prawdziwie płynęła w polach. Było po deszczu, droga śliska i pełna wybojów, w których jeszcze stały żółte wody, lecz koła lekkiego pojazdu ledwie muskały owe kałuże - porywane dalej a dalej. W pewnym miejscu „jaśnie pan” rzucił poza siebie lakoniczne pytanie:
- Gościńcem czy na Leniec?
- Przyjechać przejedzie bez Leniec, ale faktycznie miętko.
Hipolit zawrócił z gościńca w boczne opłotki, w wąską drożynę między chłopskimi działkami, gdzie dwie koleje, rozdzielone wysokim pasem przez koła w ciągu wielu lat wyoranej skiby, kędzierzawym po wierzchu od gęstej murawy, biegły w przestrzeń, równoległe jak dwie szyny. Zmurszałe płoty z sękatych żerdzi sięgały aż do wysokości siedzeń jaśniepańskich. Droga ta była jakby utworzona dlatego, żeby po niej mogła w swą dal pomykać czwórka kasztanów i lekki pański wolancik. Glina wymieciona spod kopyt i kół w postaci okrągłych pacyn i strzelistych bryzgów leciała w tył za pojazd.
Jesienny wiatr świstał koło uszu. Rozkosz żywota, poczucie zdrowia i niespożytych sił organizmu, szczęście zażywania ruchu i pędu, a nade wszystko ciekawość młodości, ciekawość tak zjadliwa, iż wysuwała się na czoło wszystkiego - co też to tam jest na końcu tej dróżki uroczej, co będzie za tamtą oto polną gruszą - zdawała się ponosić z końmi pospołu. Ale za gruszą samotną na polu nie było nic szczególnego. Płoty się raptem skończyły i inna wąska droga, w ukos do poprzedniej nastawiona, przerywała pola. Hipolit strzelił z bata siarczyście. Raptownie lejcową parę wziął k`sobie. Skręciły, idąc wciąż w skok, i pociągnęły za sobą dyszlową parę. Stało się to za raptownie. Kolaska, pędząc po mokrej glinie, szarpnięta z nagła w półokrąg, zatoczyła się jak po lodzie. Trafiwszy bokiem, literką wasąga w ostatni kołek płotu, nie mogła już wykonać swego szybkiego biegu, straciła równowagę i runęła. Koła jej kręciły się spazmatycznie, podczas gdy podróżni wytrąceni zostali ze swych miejsc jak z procy. Hipolit, mocno trzymający swe lejce, legł w najbliższej mokrej bruździe. Cezary, nie mający żadnego oparcia, wypadł daleko, zorał głową ze trzy lepkie i sowicie umierzwione zagony i dopiero w czwartym jego modny kapelusz spotkał nieprzebytą zaporę. Nadto woźnica Jędruś w locie ze swego wysokiego miejsca na niską ziemię huknął go zębami w tylną część czaszki. Na szczęście konie stanęły i bestialsko obojętne na los swych owsodawców, poczęły szczypać poprzez wędzidła smaczne przydrożne szczawie.
Baryka wygramoliwszy się z zagonów, których symetrię i użyźnienie zrujnował, z rozpaczą oglądał swój kapelusz i pracował skołataną podwójnie czaszką, jak tu w takiej ruinie odbywać dalszą podróż i jak się obcym ludziom przedstawić.
- Ho - ho - ho! - ryczał Hipolit patrząc na współtowarzysza, który raz w raz chwytał się za tył głowy, bolesny od ciosu zębami ordynansa. Jakoś jednak przy pomocy tegoż winowajcy oczyścili się i wyprostowali gnaty, które na szczęście były całe. Podnieśli wspólnymi siłami wehikuł, wsiedli i pomknęli dwakroć szybciej. Hipolit, jak mówił mocnozęby Jędruś, doświarczał koni. Doświarczał ich dokumentnie, aż ponosiły wózek, niczym cztery diabły, po wertepach i łączkach zakisłych, po jakichś rowach czy łożyskach rzeczułek, które jednak, jak się okazało, były normalnymi drogami. Zmrok już zapadał, gdy mijano jakiś ładny pałacyk.
- Leniec... - rzekł lakonicznie Hipolit wskazując pałacyk biczyskiem.
Niewiele to słowo powiedziało gościowi. Gość bardziej się ucieszył spostrzegając, iż z tych leńcowatych wertepów wolantka wybiegła na piaszczysty gościniec i w aleję drzew starych. Była już noc ciemna. U końca alei połyskiwały światła.
- Widzisz, Czaruś, te światła?
- Widzę.
- No, bracie, ciesz się! Niech cię wszyscy diabli! Ciesz się, mówię! To Nawłoć!
Cezary doświadczył właśnie pewnego niepokoju. Czegoś się wstydził i niezgodnie ze swą naturą, czegoś trwożył i lękał. Konie wbiegły na szeroki dziedziniec i stanęły przed gankiem. Na tym ganku, rzęsiście oświetlonym, słychać było zmięszany gwar licznych głosów męskich i kobiecych, które wywoływały imię.
- Hipolit! Hipek! Hipcio! Hipeczek! Hip!
Wielosławski ściągnięty został ze swego siedzenia przez liczne ręce i znalazł się w ich objęciach. Cezary, pozostawiony samemu sobie, złaził z wolna z siedzenia. Ale o nim nie zapomniano. Wnet wstępował po szerokich i wspaniałych, aczkolwiek dziwnie ruchomych stopniach schodów na obszerny ganek, winem dzikim obrośnięty. W świetle lamp i świec migały mu przed oczyma rozmaite postacie: dama starsza wysoka, o ruchach zamaszystych i pełnych władczego majestatu; panna blondynka ze ślicznymi niebieskimi oczami; młody ksiądz; stary pan z czarnymi, obwisłymi wąsami...
Hipolit przedstawił Barykę zebranym na ganku. Ten kłaniał się wielekroć, całował rękę damy starszej, jak się okazało, matki Hipolita, podawał rękę do uścisku młodemu księdzu, jak się okazało, przyrodniemu bratu Hipolita, młodej pannie, Karolinie Szarłatowiczównie, jego siostrze ciotecznej, oraz starszemu panu, wujowi Skalnickiemu. Wszyscy bardzo przychylnie witali „tego” Barykę, przypatrywali mu się z ciekawością, jak na „wyższe” towarzystwo dość prowincjonalną, a nawet zaściankową. Cezary robił swobodnego i światowca, choć wspomnienie o powalanych ineksprymablach i zrujnowanym kapeluszu stawało mu na przeszkodzie w zadawaniu szyku. Rozmowa była tak chaotyczna, że nic nie można było zrozumieć. Ten sobie mówił i tamten sobie mówił, pełno było radości i krzyku. Wszyscy naraz zadawali pytania i nie czekając na odpowiedź zadawali nowe. Nic dziwnego: podpora rodu, syn najstarszy wracał z wojny cały i zdrowy, tęgi i opalony, jakby jeździł na polowanie w sąsiedztwo. Panna Szarłatowiczówna, która najwymowniej, najczęściej i trzeba wyznać, najkrzykliwiej głos zabierała, patrząc na Hipolita, lecz mając na oku i „tego drugiego”, wypaliła:
- Nie widzę, Hipie, żebyś zbyt znowu wyraźnie przypominał steranego inwalidę! Raczej wypasłeś się jeszcze bardziej. Czyż mnie wzrok nie myli? Ależ tak - utyłeś! Tylko patrzeć, jak sobie zapuścisz drugi podbródek. A może to jaka specjalna choroba wojenna, obrzęk, puchlina?
- Patrz no, Cezary, mają nas tutaj za frantów`, którzy siedzieli w sanatorium, a teraz przebrali się za bohaterskie figury.
- Trzeba cierpieć, wciąż cierpieć, mój bohaterze, nie tylko od zawziętego wroga, lecz i od panien... - śmiał się Baryka.
- Nie przypominam sobie, żeby tutaj kto mówił o „frantach” - zaperzyła się panna Karolina - tylko wszyscy wracają w tak korpulentnych postaciach, że ta wojna wygląda mi na jakąś odżywczą kurację.
- Któż to „wszyscy”? Karolino - kto „wszyscy”?
- No, na przykład - Jędrek.
- Słyszane rzeczy! To dziewczę, które prochu nie wąchało, ośmiela się twierdzić, że my na wojnie czyściliśmy buty w przedpokojach, jak pan Jędrek.
- Ależ nie! Wiem, że ścigałeś nieprzyjaciół jak Czarniecki.
- O nieprzyjaciołach, o bolszewikach ostrożnie! Obecny tutaj mój przyjaciel Baryka jest -jak by to powiedzieć? - prawie bolszewikiem.
- Tak? Pan? - zdziwiła się owa panna Karolina mierząc gościa ostrym od stóp do głów spojrzeniem.
- Żarty! - mruknął Baryka.
- Jeszczem też normalnego bolszewika na oczy nie widziała...
- A coś ty widziała „na oczy”, Karolino, dziewczę z pałacu białego na Ukrainie?
- Jeszczem widziała oborę od strony twojego pałacu i pałac od strony twojej obory.
- Muszę ci wytłumaczyć, Cezary, że panna Szarłatowiczówna, tu obecna Karolina - takie imię chrzestne - ano, trudno! - defekt - utraciła dobra swe ziemskie na Ukrainie, skoro tylko bolszewicy się narodzili. Była bowiem na pensji w Warszawie, uczyła się geografii, algebry - tak! - i stylistyki, kiedy jej dobra zabierano. Teraz zarabia na kawałek chleba. Karolina Szarłatowiczówna kury maca w Nawłoci.
- Twoje kury, wielki magnacie!
- Jest to przenośnia, właśnie stylistyczna - wmieszał się do rozmowy młody księżulo - jest to pars pro toto. Karolcia zajmuje się nie tylko kurami...
- Ale i gęsiami... - dorzucił Hipolit.
- O, zaraz gęsiami, gęsiami!... - gorszył się młody księżyk.
- A czyż się nie zajmuje gęsiami, krowami, cielętami, źrebiętami?...
Stęskniłem się za nią, mój drogi pomidorze . Nieraz - Cezary świadkiem! - leżąc w rowie zaczynam marzyć i wyrażam słownie marzenie wewnętrzne: - Napiszę list do Karoliny Szarłatowiczówny, herbu Rogala. Zapytam jej, czy kury dobrze się niosą?
- A szczęście, żeś tego listu nie wysłał, bo byłabym ci odpisała! No!
- No! Z takimi błędami ortograficznymi, że pała! Pała z minusem! Zresztą na Ukrainie to nie raziło. Któż by tam o polską ortografię... Boże drogi! Tam przecie wsio po russki...


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 -  - 13 -  - 14 -  - 15 -  - 16 -  - 17 -  - 18 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Przedwiośnie - streszczenie szczegółowe
2  Katalog bohaterów Przedwiośnia
3  Jadwiga Dąbrowska - charakterystyka postaci



Komentarze: Przedwiośnie część druga - Nawłoć

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi:
Nawłoć -