Przedwiośnie część druga - Nawłoć - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
- Widzę ze smutkiem, że braciszek nie daje pani przyjść do słowa... - rzekł Cezary.
- Poczciwe to z kościami, dobre jak kotlet z marchewką, ale musiał pan przecie, leżąc z nim po rowach, zauważyć... Biedny, biedny chłopczyna...
- Karolino, nie daj się! - podszczuwał ksiądz Anastazy. - Broń się, dziewczę z buzią jak malina! Jeżeli go teraz nie oszołomisz, znowu zapanuje nad tobą.
- Przebaczam mu z góry wszystko. Biedny bohater, inwalida, zmizerowany w bojach obrońca swych trzód, stadnin, obór, powozów i batów...
- Kolacja! Otóż i kolacja! - z zapałem głosił ksiądz Nastek.
- Primum edere, deinde philosophari. Nieprawdaż, panie poruczniku? - zwrócił się do Baryki.
- Niestety, nawet nie: sierżancie...
- Jakążeście tam ponad inne przekładali? - spytał ksiądz chwytając wprawną dłonią gąsiorek ze starką.
- Siwuchę przekładaliśmy stale i niezmiennie, ale teraz przepij no, Nastek, do tego Czarusia...
- A, Czaruś mu na imię? Właśnie chciałem zapytać, bo to bez tego nieporęcznie.
- No, to panie Czaruś - nasze! Ładne imię, prawda Karusia? Podoba ci się?
- Dość ładne imię... - uśmiechnęła się panna Karolina.
- Takie imię dobrze się mówi... - wsunął uwagę wujcio Michaś.
- Czaruś - i kwita! - zdecydował ksiądz połykając od jednego zamachu zacny kieliszek przezacnej „staruszki”.
Był to średniego wzrostu, krępy i zażywny księżulo. Włosy miał przystrzyżone „na jeża”, twarz pucołowatą, okrągłą, po bokach, pod nosem i na brodzie siną od golenia. Zdrowie i wesele tryskały z jego oczu, twarzy i pysznej figurki. Wciąż się klepał po kolanach i udach czekając tylko na lada sposobność, żeby z jakiejkolwiek racji parsknąć śmiechem. Zanim przeszła kolejka starki, pomidorek uderzył Barykę po kolanie i wykrzyknął:
- Aleście też spuścili lanie tym Żydom! - Cha-cha-cha! Cóż za lanie! Takie lanie nad laniami, że to z okularami na nosie po historiach szukać! Tu ten Piłsudski - szach-mach! Rozpruł jak nożem! Tu nasz bogobojny Haller goni a bije! Tu Sikorski łomoce jak w cymbał. Zdarzenie boże...
Wnet się sekretnie przeżegnał, przez chwilę trzymał złożone pulchne rączki i coś tam mruczał pod nosem po łacinie dobry momencik czasu.
- Lanie było w dobrym gatunku, ale też wymagało chodzenia, chodzenia... - westchnął Hipolit Wielosławski.
- E, odjesz się! I to zaraz, dzisiaj. Dawajcież tę zupę! Dawajcie tę cielęcą... A na rożnie też aby? Mój Boże kochany... Karusia - na rożnie aby?...
Panna Karolina uroczyście przysięgła podnosząc dwa palce.
- Ale tę sałatkę - to sama przyrządź...
- Już o sałatkę bądź spokojny...
- Mówisz? - troskał się ojciec duchowny.
W czasie tego całego galimatiasu matka Hipolita, siedząc w dużym fotelu, nie wydawała głosu. Wodziła oczyma za synem i łzy szczęśliwe, sekretne, niepowstrzymane, bez przerwy lały się z jej oczu.
- Mamusia sobie tam cicho-sza popłakuje - rzekł tkliwie Hipolit. - „Wy sobie tam gadajcie głośno, co chcecie, a ja sobie za wszystkie czasy popłaczę”. No nie? Każdy ma swój sposób na radość. A oto Czaruś Baryka, mój rodzony przyjaciel, nie ma ojca ani matki. Ojciec to mu nawet teraz niedawno umarł. I w jakich warunkach! A Czaruś żyje. I bił się, że aż trzeszczało. I chodzi. I śmieje się. I teraz sobie znowu starki kropnie!
- O, widzisz! Toś powiedział, Hip, słowo - cymes! Pijemy za zdrowie życia! I to w ręce mamusi! - wołał ksiądz Nastek.
- Ja nie mogę pić, mój prałacie miły. Wiesz. Serce. I tak jestem mocno pijana, gdy patrzę na tego piechura... - rzekła pani Wielosławska roztapiając się w uśmiechu szczęścia i nie spuszczając z Hipolita oczu rozradowanych.
- Et, Hipowi teraz będzie dobrze w Nawłoci! - westchnął księżulo. - Tak mi się coś wydaje. A wujciowi się nie wydaje? - spytał pana Skalnickiego.
- I mnie się to samo tak wydaje... - westchnął wujcio.
- Szanować go! - zdecydowała głośno starsza pani. - Na wojnę chodził, ziemi bronił, bił się mężnie, cały kraj przemierzył własnymi krokami!
- Troszkę i na furmance... - dorzucił z cicha Hipolit. - Ale niedużo. Jak mię poturbowały te czapy, a Baryka obronił. W każdym razie: baczność!
- A pańska matka gdzie skończyła życie? - grzecznie i dobrotliwie spytała Cezarego pani Wielosławska.
- W Baku, proszę pani.
- Aż w Baku!... To i pan stamtąd, z Baku?
- Troszeczkę to dalej, niż ty, mężny piechurze... - syknęła panna Karolina w stronę Hipolita.
- Karusia! Niech no Maciejunio postawi tu ten większy kieliszek... Po jakiemu to jest!... - martwił się dobrotliwie księżulo.
Gdy zajęto miejsca przy stole, a przybył jeszcze rządca, pan Turzycki, oraz dwie ciocie podstarzałe, jedna wdowa - Aniela, a druga stara panna - Wiktoria - gwar się stał nie byle jaki. Stary służący Maciejunio ledwie mógł nadążyć z odkorkowywaniem. Nawet mu źle szło z tymi korkami. Musiał mu sam panicz, „Jaśnie-Hipcio”, pomagać, co doprowadziło za dużą szafą kredensową do tajemniczego zrujnowania hierarchii - po prostu do uścisków serdecznych Jaśnie-Hipcia z prastarym Maciejuniem.
Cezary pił, co mu nalewano, i jadł, co nakładano na talerz. Wszyscy na niego patrzyli z radością, niemal z miłością. Tu stary Maciejunio - tak gruby i napęczniały w swym fraczku obcisłym, że robił wrażenie beznadziejnie chorego na wodną puchlinę, gdyby nie doskonała cera czerstwego oblicza - nachylał się z takim uśmiechem, jakby i tego obcego „jaśnie panicza” chciał ucałować jak swego - mrugał oczami i robił miny, żeby wybrać tę starą, omszałą flachę, oplecioną w tatarak, którą trzymał w swej prawej ręce. Tam dwie ciocie, Aniela i Wiktoria, jedna przez drugą, nachylały się ku niemu i kazały opowiadać sobie o matce - „wszystko-wszystko!” - a gdy się na dobre rozgadał i mówił wszystko, to jednej, to drugiej łzy najszczersze z oczu kap-kap-kap! Pan Gajowiec - dobrze! Ale skądże - u licha? - te dwie damule? A przecież były to łzy prawdziwe, jakby krewnych, jakby sióstr dalekich a nieznanych, które się nad dolą jego drogiej matki użalały. Tam wujcio Michaś coś mu chce powiedzieć, coś sekretnego, nowego, a ważniejszego ponad wszystko. Zaczyna i nie może skończyć, bo mu wszyscy przeszkadzają. Spiknęli się, żeby przeszkadzać. Więc się irytuje, targa wąsy i przewraca dziko oczyma.
Na dobitkę jeszcze Wojciunio! Już od dziesięciu minut lokaj Maciejunio z cicha prosi panią dziedziczkę, no i jaśnie panicza, że oto Wojciunio nie może wytrzymać i strasznie błaga, żeby mógł spojrzeć na panicza. No, więc wołać go w drodze łaski! Drzwi się uchylają i staje w nich Wojciunio, kucharz równie stary, jak lokaj Maciejunio. Kucharz jest jąkałą, znanym na cały powiat. Nic nie może powiedzieć, tylko zdejmuje swą białą czapkę i śmieje się starym, radosnym śmiechem, przypominającym końskie rżenie. Macha do paniczka Hipcia białymi rękami, coś mu pokazuje na migi. Hipolit mu na migi odpowiada i oba chichocą ze szczęścia. Kucharz zamyka drzwi z należnym uszanowaniem, dziękując za łaskę. Ale i zza drzwi słychać jeszcze jego śmiech i bełkot radosny.
Jeszcze obiad do swej połowy nie dobiegł, a już Cezary - „Czaruś” pił bruderszaft na śmierć i życie z księdzem Nastkiem, z wujciem Michasiem, a nawet trącał się kieliszkiem z obydwiema podstarzałymi ciotkami i młodocianą panną Karusią. Gorszyło to cokolwiek starszą panią, matkę rodu, ale tego wieczora wszelki porządek z zawias się wyrwał i wszelka dystynkcja została zniweczona Za czarnymi oknami rozległy się jakby strzały. To starzy parobcy witali młodego pana, co z wojska wrócił, strzelając mu dawnym obyczajem z batów na wiwat. Jaśnie-Hipcio niezbyt pewnymi rękoma uzgarniał w dolnych pieczarach kredensu naręcze butelek, tak bez wyboru i tak szczodrze, aż mu niektóre zgorszony Maciejunio musiał delikatnie wydzierać - bo jakże! - sam szczerozłoty tokaj jeszcze nieboszczyka jaśnie pana - fornalom! Hipolit wytrząsnął z pugilaresu wszystkie walory, jakie tam miał, i sapiąc obładowany wyszedł na ganek. Noc była jesienna, ciemna. Ponieważ za Hipolitem wybiegli inni, wyszedł i Cezary. Patrzał w tę ciemną noc i w postaci słabo bielejące. Słyszał słowa powitania.
- E, Szymon, jak się masz! Tyś to, Zerwa? Pawełek, chudzino, ta noga boli cię jeszcze? Józiu! Franek! Walek! Bywaj, chłopcy, tu do mnie!
Cezary przysiadł na poręczy ganku. Był odurzony. Był pijany, ale nie winem. Pierwszy to pewnie raz od śmierci rodziców miał w sercu radość, rozkosz bytu, szczęście. Było mu dobrze z tymi obcymi ludźmi, jakby ich znał i kochał od niepamiętnych lat. Wszystko w tym domu było dobre dla uczuć, przychylne i przytulne jak niegdyś objęcia rodziców. Wszystko tu było na swoim miejscu, dobrze postawione i rozumnie strzeżone, wszystko pociągało i wabiło, niczym rozgrzany piec w zimie, a cień wielkiego i rozłożystego drzewa w skwar letni. Żadne tu myśli przeciwne, nieprzyjazne przeciwko temu dworowi nie powinny by się były rodzić. A jednak, gdy powrócił do pokoju stołowego, żal mu ścisnął serce. Świeże powietrze odurzyło go, a nowe kielichy starego wina uderzyły do głowy. Zapłakał, gorzko zapłakał. Chwycił po pijanemu Hipolita za szyję i namiętnie szeptał mu do ucha:
- Strzeż się, bracie! Pilnuj się! Za tę jedną srebrną papierośnicę, za posiadanie kilku srebrnych łyżek, ci sami, wierz mi, ci sami, Maciejunio i Wojciunio, Szymek i Walek, a nawet ten Józio - Józio! - wywleką cię do ogrodu i głowę ci rozwalą siekierą. Wierz mi! Ja wiem! Grube i dzikie sołdaty ustawią cię pod murem... Nie drgnie im ręka, gdy cię wezmą na cel! Za jedną tę oto srebrną cukiernicę! Wierz mi, Hipolit! Błagam cię...
- Co on chce? - pytał ksiądz Anastazy. - Srebrnej cukiernicy chce? Bierz, bracie, Czaruś - bierz ją! Chowaj do kieszeni! Oby ci tylko wlazła!
Koło stołu już było luźniej. Pani Wielosławska pociągnęła syna Hipolita do swego pokoju. Dwie ciotki widząc, że humory są już niezwykłe, wysunęły się z jadalni. Został na placu wujcio Michał, który teraz dopiero dorwał się do opowieści o swym potwornym krachu, o łatwowiernie i lekkomyślnie zawartej spółce węglowej z dwoma Żydami, braćmi Kminkami... Cezary słuchał, wzruszał się perypetiami procesu, potakiwał, przerażał się, nawet groził Żydom Kminkom. Księżunio Anastazy pociągał ze swego kieliszka - a był to jeden z tych większych - otwierał i składał pulchne dłonie i nadrabiał miną, że się historią wujcia Michasia przejmuje. Po prawdzie rad by był parsknąć żywym śmiechem i uderzyć wujcia po kolanie albo i po palcach - a tu, jak na złość, sens opowieści był tragiczny - nawet tragiczny, jak mówił wujcio Michaś. Pomidorek czekał tedy cierpliwie końca, jak na sługę bożego i człowieka dobrego wychowania przystało, choć wiedział, że ta termedia nie ma wcale końca. Skończy się wzdychaniem, chlipaniem i ucieraniem wezbranego nosa. Cóż by dał za to, żeby ktokolwiek przerwał albo cokolwiek przerwało banialukę familijną o tych Kminkach z piekła rodem, którą słyszał już kilkaset razy! Karusia przyszła z odsieczą.
- Ależ to pan musi być zmęczony - zmęczony! - zapiała po kresowemu. - Panowie jechali aż z samej Warszawy?
- Z samej Warszawy jechaliśmy...
- Czy nie sądzisz czasem, Karusiu, że czas by już był na pana porucznika odpocząć przez chwileczkę do jutra rana? - pytał wikary Nastuś.
- Ja tak sądzę.
- A gdzież nasz pan Czaruś będzie spał? We dworze czy w „Ariance”?
- Wiadomo - w „Ariance”.
- Biorę pana pod swoją opiekę - zdecydował ksiądz. - Razem będziemy chrapali. E, to sobie zachrapiemy!
- Maciejunio poszedł z Hipolitem rzeczy rozpakowywać. Pietrek na folwarku... - martwiła się panna Karolina.
- Poradzę sobie, proszę pani!
- Nie tak to łatwo. Nie jestem pewna, czy tam posłane.
- Tego już nie wiem, dziecko. Nie wiem. Bij mię, katuj - na pościelach się nie rozumiem mruczał ksiądz pociągając nowe hausty.
- Nie ma co! Ja sama panów odprowadzę. Zobaczę.
- Złote słowa powiedziałaś. Ten gość musi się wyspać. Musimy dziś chrapać! To darmo. Chodźmy, poruczniku!
Cezary, który zgodził się nawet na to, że będzie w tym domu porucznikiem, znalazł swój zdezelowany kapelusz i wyszedł za przewodem księdza i panny Szarłatowiczówny. Zeszli po schodach ganku i skręcili w ogród ciemny, zarośnięty, szumiący w mroku ogromem jesiennych gałęzi. Posuwali się naprzód wąskimi uliczkami, które raz w raz w półokrąg się zataczały. Wkrótce jednak te półkoliste ścieżki zginęły w jednolitej murawie. Ksiądz sapał i wzdychał, a wreszcie ustał w drodze. Na niespokojne pytania panny Karoliny dawał odpowiedzi dziwnie niechętne i opryskliwe, a wreszcie nie dawał żadnych. Słychać było tylko jego sapanie coraz głośniejsze i złowrogie szamotanie się w mroku. Panna Szarłatowiczówna rzuciła się kapłanowi na ratunek i rzeczywiście wybawiła go z opresji. Podchmielony ksiądz Anastazy wlazł w ciemności na młodego świerka, który mu się cały wpakował pod sutannę i między nogi, a w sposób tak wyjątkowo uporczywy, iż żadną miarą nie można było ani przeskoczyć, ani ominąć, ani w ogóle przerwać tego dosiadania świerka z jego bujnymi i sprężystymi gałęźmi.
- Diabli z tymi świerkami! - irytował się kapłan. - Co to za pomysł, żeby zostawiać na drodze takie małe koczkodany.
- Bo kto widział, żeby nosić tak długie sutanny! - mówiła kuzynka wydobywając księdza na wolność. - Księża za granicą nie chodzą już w takich spódnicach. Nawet my, kobiety, nosimy przecie krótkie suknie, nie takie do samej ziemi.
- Cicho! Co się wtrącasz do kapłańskich sukienek...
- Muszę się wtrącać, bobyś był nie wyszedł z tego świerka, żeby nie ja.
- I to prawda. Ten nikczemnik nie chciał wyleźć spode mnie. Ale suknie kapłańskie to nie twoja rzecz! Nic ci do tego! Swoich pilnuj!
Po chwili księżyk Anastazy zaczął śpiewać na cały ogród:
Caroline, Caroline,
Prends ton chapeau fleuri,
Ta robe blanche
De dimanche
Et tes petits souliers vernis...
- Nastuś! Co ty po nocy wyśpiewujesz? - zaśmiała się panna Karolina.
- Jestem na urlopie, jestem na wakacjach, w domu rodzinnym, Caroline...
- Ciocia usłyszy...
- O, zaraz usłyszy! Akurat! Usłyszy albo i nie usłyszy. Noc jest tak ciemna, że gdzie by tam kto co słyszał. Ksiądz - to musi być eo ipso - mizantrop. Jakem był w Paryżu...
- Dobrze, dobrze, opowiesz, co tam było w Paryżu... Ale musimy iść prędzej. Deszcz pokrapuje. Spieszmy się!
Szli prędzej zaułkami ogrodu, w ciemności choć oko wykol. Ksiądz coraz bardziej postękiwał i uskarżał się na przeszkody, a Cezary w tym miejscu zupełnie obcym musiał uczepić się ręki panny Szarłatowiczówny, żeby zaś nie ulec losowi plebana. Ręka tej wiejskiej panny, choć maleńka, była mocna i muskularna. Uczepiwszy się raz - wojak nie popuszczał jej ze swej dłoni aż do chwili, gdy cała trójka stanęła przed jakimś białym murem. Tutaj panna trafiła do drzwi, niewidocznych dla Baryki, i otworzyła je. Weszli do sieni wyłożonej ciosowym kamieniem, na którym krok dźwięczał donośnie. Ksiądz Anastazy dociągnął swe ciężkie stopy do drzwi prowadzących z tej sieni na prawo i otworzył je z hałasem znacznie większym ponad potrzebę. Cezary chciał iść za nim, ale panna Karolina go zatrzymała, tłumacząc, że jego pokój jest dalej. Kapłan z głębi ciemnego pokoju zawołał:


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 -  - 13 -  - 14 -  - 15 -  - 16 -  - 17 -  - 18 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Przedwiośnie - streszczenie szczegółowe
2  Obraz życia ziemiaństwa w Nawłoci
3  Wizje rewolucji w Przedwiośniu



Komentarze: Przedwiośnie część druga - Nawłoć

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi:
Nawłoć -